O grzechu słów kilka

Dzięki mojemu pewnemu znajomemu miałam okazję zapoznać się z filmikami Pana Piotra Listkiewicza, blogera prowadzącego stronę Studio Za Próg. Choć nie do końca zgadzam się ze wszystkimi prezentowanymi przez niego poglądami, to uważam, że jego nagrania przygotowywane są w sposób rzetelny i uwrażliwiają na niektóre kwestie. W związku z tym, postanowiłam umieszczać je cyklicznie na blogu wraz z transkrypcjami.

Co Wy sądzicie o opiniach Pana Piotra Listkiewicza?


Część 1.: Religia – Grzech

Transkrypcja:

Kościół mówi, że jesteśmy pełni grzechu – że jesteśmy niepoprawnymi grzesznikami. Czy to prawda?

Do pewnego stopnia: tak. Człowiek grzeszy, cierpi za swoje grzechy i ciągle od nowa popełnia te same grzechy. Wynika z tego, że skutki popełnianych grzechów niewiele nas uczą, o ile w ogóle uczą nas czegokolwiek. Problem polega na tym, że chrześcijaństwo odrzuciwszy doktrynę reinkarnacji, która wyraźnie i logicznie definiuje pojęcie grzechu, zatraciło związek pomiędzy przyczyną – czyli grzechem, a skutkiem – czyli zapłatą za grzechy. W chrześcijaństwie te dwa pojęcia dzieli tak wielka przepaść, że zazwyczaj nie kojarzymy jednego z drugim. Jezus metaforycznie, ale wyraźnie powiedział, że masz spłacić do ostatniego pieniążka , zaś Paweł, że co zasiałeś – musisz zebrać. Zapłacić i zebrać musi ten, który grzesząc zaciągnął dług i grzesząc posiał ziarno, którego plon musi zebrać. Tymczasem Kościół wierzy w jedno życie i opowiada nam o Niebie, za które trzeba Kościołowi zapłacić, oraz o Piekle, którego można uniknąć, jeśli się zapłaci. Oba te miejsca, oczywiście, czekają nas po śmierci. Kościół nie potrafi udowodnić, co się z nami dzieje po śmierci, więc mało kto wierzy w te twierdzenia i poczuwa się do winy. Większość z nas życie utożsamia z życiem ciała i uważa, że po jego śmierci wszystko się definitywnie kończy. Jeśli ktoś popełni przestępstwo, ale nie zostanie złapany i osądzony, wydaje mu się, że uniknął sprawiedliwej zapłaty. Mętne opowiastki o błogości w Niebie i ogniu piekielnym nikogo myślącego nie przekonują, bo jedno i drugie, tzn. przyjemność i cierpienie, kojarzymy z ciałem. Chociaż słusznie uważamy, że śmierć, pozbawiając nas ciała, kończy nasze cierpienia, to jednak nie zdajemy sobie sprawy, że powrócą one w następnej inkarnacji. W przyrodzie nic nie ginie. Kościół nie potrafi zdefiniować duszy, ponieważ sam niewiele wie o niej i o sprawach duchowych. Im bardziej mętne są jego wyjaśnienia, tym mniej wiarygodne. Kościół mówi, że ciało zostaje tu do momentu rezurekcji, zaś w zaświaty idzie dusza. Ale dusza jest duchem, czyli energią witalną pozbawioną zmysłów. W jaki sposób odbiera przyjemność i ból, czyli doznaje błogości w Niebie i smaży się w Piekle? Żeby doznawać przyjemności lub bólu – trzeba mieć zmysły, czyli ciało.

Co to jest grzech?

Według mistycznej definicji, grzechem jest wszystko, co myślimy, czujemy i robimy, bo każde działanie, niezależnie od tego czy mentalne, psychiczne czy fizyczne, rodzi konsekwencje, które wiążą nas z tym światem i zmuszają, abyśmy tu ciągle przychodzili. Zaś ciągłe powroty na ten padół nie leżą w interesie duszy, która powinna starać się przerwać więzy z tym światem i wracać do Boga. Grzesząc, opóźniamy swój powrót. Nie każdy godzi się z następującą definicją, bo następny punkt mówi, że dobre uczynki bardziej nas przywiązują do tego świata, ponieważ niosą ze sobą przyjemne konsekwencje, np. w postaci dobrego, zamożnego życia, bez trosk i problemów. Złe uczynki wiążą nas słabiej, bo konsekwencjom często towarzyszą cierpienia, bieda, ciężkie i skomplikowane życie, pełne kłopotów i zmartwień. A zatem: dobre uczynki zakuwają nas w złote łańcuchy, zaś złe w żelazne, i o ile żelazne łańcuchy chcemy jakoś przerwać, nawet nam przez myśl nie przejdzie, żeby zrywać złote. Ciężkie życie daje nam się tak we znaki, że pewnego dnia zaczynamy szukać wyjścia z sytuacji. Ludzie niestabilni mentalnie i psychicznie posuwają się do samobójstwa, co oczywiście nie jest właściwym wyjściem. Inni szukają ratunku w religii, która jednak wiele obiecuje, żeby niewiele dotrzymać. Jeszcze inni mają tak dosyć, że powstaje w nich początkowo niejasna tęsknota za Bogiem, a w końcu silne pragnienie powrotu. Dusza dochodzi do głosu i intuicja nam mówi, że jeśli chcemy coś zmienić, to musi to być wewnętrzna, radykalna zmiana. Wtedy dostajemy pomoc z zewnątrz i wszystko staje się proste.

Jednakże, żeby było proste, trzeba przestać grzeszyć…

Właśnie, ale człowiek musi sobie najpierw zdać sprawę z tego, że grzeszy, a to nie jest takie proste, bo na ogół wydaje nam się, że jesteśmy całkowicie w porządku w stosunku do innych ludzi i świata, i że nie robimy niczego złego. Wprost przeciwnie: wydaje nam się, że robimy same wspaniałe rzeczy. Gdy zdamy sobie sprawę, najpierw staramy się unikać złych uczynków. Pomaga nam w tym kodeks etyczno – moralny, identyczny w każdej kulturze, bo oparty na odwiecznej gnozie mistycznej, jest w nim uniwersalna recepta na życie: wystarczy tylko jej przestrzegać.

A dobre uczynki? Przecież one też nas wiążą…

Oczywiście, lepiej popełniać dobre uczynki, bo na swoim reinkarnacyjnym koncie mamy więcej złego niż dobrego. Nie znamy zawartości tego konta, więc lepiej robić dobrze, bo w ten sposób możemy doprowadzić do wybalansowania dobra i zła w sobie. Jednakże, czy my wiemy, co jest dobre, a co złe? Czy potrafimy rozpoznać zło ukrywające się pod płaszczykiem dobra? Pojęcie dobra i zła jest niezmiernie relatywne i to, co dla jednego może być dobrem, dla drugiego może być złem. Zdrowy rozsądek i logika mówią nam, że jeśli ktoś cierpi i chodzi głodny, to bez wątpienia musiał sobie na to kiedyś zasłużyć. Nie ma skutku bez przyczyny. Patrzymy tu z perspektywy nie tylko obecnego życia, ale wielu wcieleń.

Kościół mówi o „niezbadanych wyrokach boskich” i wynika z tego, że Bóg arbitralnie przydziela człowiekowi taki lub inny los…

Sami jesteśmy kowalami swojego losu, zaś Bóg za pośrednictwem Szatana tylko pilnuje, żebyśmy dostali wszystko, co nam się należy. Czyżby Bóg był aż tak niesprawiedliwy, żeby jednym dawać przyjemne życie bez żadnych zasług, a innych wpędzać w nędzę i cierpienia bez żadnego powodu? Gdyby tak faktycznie było, gdzież jest mądrość, miłość, sprawiedliwość i miłosierdzie Boga? Gdyby Bóg był niekonsekwentny, stronniczy, przekupny i łamał ustanowione przez siebie prawa, cały Wszechświat byłby jednym, wielkim chaosem, a przecież wiemy, że jest precyzyjnym i doskonałym tworem. Gdyby Bóg zachował się arbitralnie w stosunku do mało ważnej mrówki, czyż możnaby go nazwać Bogiem? Kościół jednym pociągnięciem pióra pogańskiego cesarza wyrzucił naukę o reinkarnacji i tym samym stworzył wielką dziurę w pojmowaniu mechanizmu Boskiej sprawiedliwości. Spowodowało to, że każe nam się wierzyć w karę za niepopełnione grzechy oraz nagrodę za życie złe i nikczemne. To tak jakby rolnik posiał pszenicę, a zebrał kartofle. „Niezbadane są wyroki Boskie” jest prymitywnym sloganem, którym nieudolnie próbuje się zatkać tę dziurę.

Kościół twierdzi, że może zamazać, czyli zlikwidować grzechy, a w dalszej kolejności zbawić. Ile w tym prawdy?

To są największe kłamstwa. Na tych dwóch kłamstwach opiera się cała potęga Kościoła, który wmówił ludziom, że Bóg surowo każe za grzechy i trzeba się Go bać. Jednakże, Kościół stworzył swego rodzaju furtkę: zapłać, a Twoje grzechy zostaną wybaczone. Kościół wstawi się za Ciebie do Boga i od konfesjonału odejdziesz chwilowo oczyszczony. A ponieważ grzeszenie leży w ludzkiej naturze, kościelny biznes wspaniale prosperuje od dwóch tysięcy lat, bo ludzie grzeszą, płacą i nadal grzeszą. Grzechu nie można zlikwidować. Grzech jest długiem zaciągniętym wobec natury innych ludzi. Ten dług trzeba do końca spłacić, a spłacić ma ten, który grzech popełnił. Lecz zapłata nie polega na wrzuceniu gotówki do kościelnej puszki – za grzech płaci się w naturze, czyli trzeba ponieść jego konsekwencje. Jezus mówi o tym bardzo wyraźnie: dopiero gdy poniesie się skutki, znika przyczyna, która je wywołała. Kościół bezczelnie oszukuje ludzi obiecując im, że Bóg wybaczy grzechy, gdy się wyspowiadamy, zmówimy parę „zdrowasiek” i damy na tacę. Prawda, że proste? To jest farsa wymyślona po to, aby pomnażać majątek Kościoła. Dlatego za zbrodnię ludobójstwa mordercy fundowali kościoły, klasztory oraz napełniali rabowanym złotem watykański skarbiec. Na tym skarbcu ciąży krew miliardów ludzi.

Jest to zatem oszustwo, szantaż, wyłudzanie pieniędzy i swego rodzaju uświęcony zamordyzm. Czy to nie jest pospolite przestępstwo, które powinno być ścigane przez prawo?

Tak, to jest przestępstwo, ale nasza cywilizacja tworzyła się wraz z tym oszustwem i została do niego przyzwyczajona. Kościół przez dwa tysiące lat bierze łapówki za rzekome wstawiennictwo u Boga. Szantaż i wyłudzanie pieniędzy to przestępstwa kryminalne, ale nigdy dotąd nikomu nie przyszło do głowy, aby dobrać się Kościołowi do skóry i na mocy prawa rozliczyć i zdelegalizować tę organizację. Wszystkie twierdzenia i obietnice Kościoła są bez pokrycia: Kościół nie jest w stanie ani odpuścić grzechów, ani zbawić. Są to dwie główne obietnice, na których opiera się struktura Kościoła. Prawo powinno powiedzieć „Dosyć!” i wezwać Kościół, żeby udowodnił, komu do tej pory zmazał grzechy, i kogo w dwu-tysiącletniej historii udało mu się zbawić. Wydaje się jednak, że jest to zadanie niewykonalne. Przynajmniej na razie.

2 myśli nt. „O grzechu słów kilka

  1. x

    „Dlatego za zbrodnię ludobójstwa mordercy fundowali kościoły, klasztory oraz napełniali rabowanym złotem watykański skarbiec. Na tym skarbcu ciąży krew miliardów ludzi.”

    „Tak, to jest przestępstwo, ale nasza cywilizacja tworzyła się wraz z tym oszustwem i została do niego przyzwyczajona. Kościół przez dwa tysiące lat bierze łapówki za rzekome wstawiennictwo u Boga. Szantaż i wyłudzanie pieniędzy to przestępstwa kryminalne, ale nigdy dotąd nikomu nie przyszło do głowy, aby dobrać się Kościołowi do skóry i na mocy prawa rozliczyć i zdelegalizować tę organizację. ”
    Będę brutalnie szczery, nienawidzę czytać tych oszczerstw, bo inaczej nazwać nie mogę jak to Kościół (z kontekstu wnioskuję, że pewnie tylko katolicki) jest odpowiedzialny za głód w Afryce, AIDS, czarownice, czy cokolwiek innego. To naprawdę nie ma wiele wspólnego z prawdą historyczną i realiami innych epok. Były wojny i fundowali kościoły i klasztory. I co z tego? Takie były realia, świat nie jest jakimś poletkiem dla owieczek, ale jest brutalny, a człowiek z natury grzeszny czy tam zły. A nie jest dobrą owieczką, która powina być w stanie natury jak u Rousso. Bardziej życie przypomina stan natury z Hobbesa. Tak sam nie podoba się mi to oskarżanie Kościoła o niezmierzone bogactwa, a wcale tak nie jest. Zresztą jak coś jest tak dużą instytucją musi mieć środki finansowe na swoją działalność, a przez tyle lat zdążyły się nagromadzić też różne dzieła sztuki i budynki. Mnie naprawdę nie interesują gdy o tej materii mówimy ekscesy jakiś grubych proboszczów i arcybiskupa Głódzia, które się mi nie podobają, ale cały obraz Kościoła, tego czym jest, co jest czym innym niż ta skala pojedyńczych jakiś grubasów.

    Odpowiedz
    • Justyna Maserak Autor wpisu

      Hej X! :)
      Wydaje mi się, że pomimo, że panowały wtedy takie a nie inne realia, nie tłumaczy tego, że duchowni przyjmowali te darowizny – to tak jakby kłóci się z nauką kościoła. Ale to są jedynie moje odczucia 😉
      Generalnie, wydaje mi się, że Pan Listkiewicz (abstrahując od argumentów, które niekoniecznie są na miejscu) jest rozgoryczony tym, co się dzieje w kościele (tym, że zbyt wielu dorobkiewiczów dobiera się do tej instytucji, zamiast ludzi z zamiłowania). Podejrzewam, że kiedyś był głęboko wierzącym człowiekiem i coś go bardzo w kościele musiało rozczarować, dlatego doszedł do takich wniosków. Weź jednak proszę pod uwagę, że to są tylko moje przypuszczenia, które nie posiadają podstaw innych niż moje subiektywne odczucia :)

      Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *