Nowy Jork o świcie i w godzinach szczytu

Trzeciego dnia naszej wycieczki wstaliśmy skoro świt, bo o 5 rano. Zasługi należy tu przypisać jet-lagowi, który zadziałał lepiej niż niejeden budzik. Szybko wstaliśmy z łóżka, odświeżyliśmy się i bez śniadania ruszyliśmy na zwiedzanie miasta. Okazało się to świetnym pomysłem, gdyż chodniki były niemal puste, jeżeli nie liczyć piętrzących się worków ze śmieciami cierpliwie oczekujących przyjazdu śmieciarki. Również ruch samochodowy zredukowany był do zera. Jedynie policjanci byli na swoich stanowiskach lub niedaleko nich, jeżeli w pobliżu znajdowała się budka z pączkami. Tak moi mili, ten legendarny obraz policjanta z pączkiem w dłoni możliwy jest do obejrzenia w okolicy 6 rano 😉 Także Brooklyn Bridge najlepiej przemierzać o tej godzinie, gdyż nie ma na nim żywej duszy. W godzinach szczytu za to trzeba stać w kolejce, by się na niego dostać!

Most Brooklynski w południe i o świcie
Zastanówcie się, czy chcecie pokonywać hordy turystów, czy wolicie na spokojnie napawać się widokiem mostu o poranku 😉

Jeśli spotkasz skoro świt włóczęgę, to bądź pewien, że wydarzy się coś ciekawego czy chociażby godnego odnotowania. Pierwszy z nich pachniał trawą, ale nie tą z gatunku świeżo koszonej wieczorową porą. W dłoniach trzymał informację wypisaną na dużym kawałku kartonu, a brzmiała ona „szukam kompana do palenia zioła”. Machał do nas i uśmiechał się szeroko, lecz zmuszeni byliśmy odmówić 😉 Drugi nie był już tak pozytywnie nastawiony. Zaczął przemawiać do naszych pleców tonem wprawnego polityka: „Macie coś do włóczęgów?! To ja jestem tutaj szefem! Bujajcie się! Niedola jest mym panem!”. Moim zdaniem, obydwoje panowie powinni się zgadać 😉

Po 6 rano Nowy Jork ma wiele różnych zapachów: pachnie trochę marihuaną, trochę pączkami, gdzieniegdzie bekonem, aromatem kawy w okolicach kawiarni. Młodzi ludzie wybiegają na ulice na poranny jogging lub ćwiczą w przeszklonych siłowniach pod okiem prywatnych trenerów lub instruktorów fitness. Zdrowy tryb życia jest tutaj bardzo promowany i popularny, szczególnie pośród młodych, aktywnych osób robiących kariery. Bardzo rzadko widywaliśmy grubych ludzi. Powód jest prosty, a opowiedział mi o nim kiedyś James, mieszkaniec Stanów Zjednoczonych, którego poznałam w hostelu w Łodzi. Ujął to mniej więcej tak:

Większość poznanych przeze mnie młodych Polaków myśli, że jeżeli przyjadą do Stanów, to ulice będą pełne grubych ludzi. Trudno się dziwić, skoro wasze media bezustannie przypominają, że Amerykanie są jednym z najgrubszych narodów świata. Wiedz jednak, że tusza jest przede wszystkim domeną niższych warstw społecznych, ponieważ u nas fast foody są śmiesznie tanie. Przez te ceny biedni ludzie jadają głównie tam.

Prom na Staten Island
Widok z pokładu promu (wolę ten od Statuy Wolności)

Patrząc na Nowy Jork, w którym ceny mieszkań i ich wynajmu w dobrych lokalizacjach są niebotycznie wysokie, James miał rację – w dzielnicach takich jak Manhattan żyją ludzie zamożni. Pracownicy korporacji, managerowie, specjaliści. Wygląd się liczy, jest elementem walki o przetrwanie w miejskiej dżungli, toteż nikt nie szczędzi nań pieniędzy.

Zakupowe niespodzianki

Tego dnia planowaliśmy zrobić zakupy, aby zaopatrzyć się w brakujący ekwipunek. Zanim jednak sklepy zostały otwarte (9.00) przemierzyliśmy Wall Street i udaliśmy się na wycieczkę promem w kierunku Staten Island. Z daleka podziwialiśmy miasto i Statuę Wolności – polecam, widoki z pokładu są piękne. W dodatku, prom jest darmowy. Kiedy wróciliśmy w okolice Wall Street na chodnikach i ulicach zaczynało się robić tłoczno. Gazeciarze zaczęli rozdawać darmową prasę codzienną. Po drodze zatrzymaliśmy się przy budce z pączkami i kupiliśmy sobie po jednym. Spodziewałam się czegoś wyjątkowego, czegoś nowego, jakiegoś „wow” – niestety, pączki były takie same w smaku i konsystencji jak te dostępne w Polsce 😉

Z pokładu nowojorskiego promu
To zdjęcie również robione było na pokładzie promu na Staten Island

Planowaliśmy kupić jeansy i przewodniki. Mieliśmy akurat blisko do jednej jeansowej sieciówki. Poziom obsługi przerósł nasze oczekiwania. Asystentek było więcej niż w polskich sklepach tego typu. Czekały niedaleko przymierzalni aż klient przymierzy spodnie, by w razie czego podać mu inny rozmiar, kolor lub model. Do tego były bardzo uprzejme i nadzwyczaj otwarte. Jedna z nich pochodziła z Izraela i pracowała w tym sklepie, aby opłacić drugi rok swojego college’u. Jak zapewne wiecie, edukacja powyżej szkoły średniej w Stanach Zjednoczonych nie jest darmowa. Oczywiście, zawsze można zapisać swoje dziecko do prywatnej szkoły podstawowej, średniej lub gimnazjum. Publiczne uniwersytety, college i szkoły zawodu są tańsze od prywatnych. Stany Zjednoczone oferują uczniom i studentom stypendia, kredyty, granty i inne formy dofinansowania, lecz nie zawsze pokrywają one wszystkie koszty związane z podjęciem nauki. Stąd też bardzo wielu uczących się młodych ludzi zmuszonych jest sobie dorabiać – jak u nas.

Niestety, nie wszystkie moje doświadczenia z amerykańską hiper-aktywną i hiper-opiekuńczą obsługą były dla mnie równie wzbogacające. W pewnym dużym sklepie obuwniczym to ja musiałam zabiegać o uwagę obsługi, która uwijała się szybciej niż mrówki w mrowisku. Śmiesznie było gonić za pracownikami w jednym bucie przez cały sklep 😉 Cudowne było jednak to, że pamiętali imiona klientów, których obsługiwali.

Burdel na wyprzedażach w Nowym Jorku
Szaleni klienci nie dbają o porządek, a pracownicy się nie wyrabiają… :(

Na sam koniec zakupowej wycieczki przez Nowy Jork odwiedziliśmy H&M, którego witryny zdobiło magiczne słowo „wyprzedaż”. To, co dzieje się z amerykanami (z naciskiem na płeć piękną), gdy tylko widzą owo słowo klucz opisać mogą tylko skecze kabaretu Ani Mru-Mru. „Szaleństwo wyprzedaży” jest tutaj zjawiskiem a nie sloganem reklamowym. Kiedy przemierzałam sklepy podczas wyprzedaży w Polsce nigdy nie natknęłam się na taki burdel, jaki wtedy panował w H&M. Trzeba podkreślić, że nie była to wina obsługi, gdyż wszyscy uwijali się jak w ukropie.

Wcale nie chcę usłyszeć, jak się masz!

Amerykanie są bardzo uprzejmi. Znajomi krzyczą do siebie już z daleka „Hello, how are you?”. Mówiąc z daleka mam na myśli naprawdę dużą odległość. Taką, że ja odniosłabym wrażenie, że to nie do mnie skierowano te słowa. W ten sam sposób pracownicy sklepów witają się z klientami. Tak samo pozdrawiają się turyści na szlakach turystycznych. I choć w tym pozdrowieniu zawarte jest pytanie, to jeżeli na nie odpowiesz, to wywołasz u Amerykanina niemałe zdziwienie. Wykrzaczysz mu system. W jego oczach zobaczysz blue screen 😉 W takich sytuacjach należy zachowywać się, jakby to pytanie nie istniało. Odpowiadasz cześć i grzecznie mówisz, czego Ci potrzeba – to wcale nie jest niestosowne.

Istnieją także inne amerykańskie sposoby okazywania uprzejmości. Amerykanie śmieją się z nieśmiesznych żartów (chyba, że są Twoimi zaufanymi kumplami – wtedy będą szczerzy), są aktywnymi uczestnikami dyskusji, zadają pytania, czy chociażby uważnie słuchają. Jeśli zrobią cokolwiek, co po czasie uznają za gafę, to zawsze przepraszają. A przepraszają często. Pewnego razu spotkałam Amerykankę z Kaliforni w pociągu PKP i to ona opowiedziała mi o tym fenomenie. Dodała także:

Na początku, kiedy zamieszkałam w Polsce, to bardzo mnie denerwowało, że tutaj nikt za nic nie przeprasza. Czułam się urażona. Teraz, gdy wracam do domu i wszyscy przepraszają jestem zirytowana. Po co tyle przepraszać? Pod tym względem wolę jednak Polskę.

Sklep M&M's
Dozowniki drażetek w sklepie M&M’s – można kupować dowolne drażetki na wagę :)

Dźwięki strzałów z pistoletu niekoniecznie oznaczają, że w pobliżu kręcony jest film

Po Nowym Jorku bardzo wygodnie podróżuje się metrem. Za przejazd, bez względu na ilość przesiadek, liczona jest płaska stawka, która odliczana jest z magnetycznej karty. Największym minusem podróży metrem są iście tropikalne temperatury, jakie tam panują. Ponieważ konstrukcja nowojorskiego metra jest stara, nie posiada klimatyzacji. Na szczęście w wagonach jest już o wiele przyjemniej. Bywa, że cała linia metra jest przez pewien czas wyłączona z ruchu, gdyż kręcony jest tam film czy serial. Walające się po zablokowanej ulicy kable najprawdopodobniej oznaczają to samo. Nowojorczycy wyciągają wtedy swoje smartfony, aparaty, tablety i kręcą oraz fotografują wszystko, co tylko mogą. Ląduje to później na facebooku czy instagramie (po prawdzie lubią tam uwieczniać każdą sekundę swojego życia, a głównie talerze z jedzeniem i po jedzeniu).

Jeżeli dochodzi do wypadku lub incydentu z udziałem uzbrojonego przestępcy, ulice także są blokowane i strzeżone przez policjantów. Stąd też należy zachować szczególną ostrożność w obliczu rozentuzjazmowanego tłumu gapiów robiącego zdjęcia i filmiki. Mogą oni równie dobrze filmować zachowanie przestępcy. Takie przypadki wbrew pozorom nie są aż takie rzadkie i zdarza się, że jedna lub więcej osób z tłumu gapiów dostaje kulkę tu i ówdzie.

Widoki z balkonu Google
Widoki z balkonu Google
Tutaj na pewno można się zrelaksować…

Nowy Jork – w progach najlepszego pracodawcy świata

W NY można też bez obaw pić wodę z kranu – jest bardzo smaczna. W parkach często można natknąć się na krany z wodą pitną. Identyczne jak te w Japonii! Wiele budynków ma jeszcze na dachach wieże ciśnień, które nadal są w użyciu. Tak samo, jak schody pożarowe. W NY można znaleźć masę sklepów znanych firm (pomijając odzieżowe i obuwnicze): Lego, M&M’s, Lindt, Apple… Wszystkie prze-bogate i kuszące, a zapewniam, że warto do nich wejść, by przynajmniej popatrzeć. Tego dnia wisienką na szczycie naszego nowojorskiego tortu była wizyta właśnie w jednej z tych korporacji, ale nie w sklepie… Odwiedziliśmy Google!

Siedziba firmy znajduje się na kilku piętrach nowoczesnego budynku na Manhattanie. Z okien biur rozciąga się panorama miasta pełna betonowych i przeszklonych wieżowców. Balkony przyozdobiono doniczkami, w których można znaleźć nie tylko kwiaty. Rosną w nich owoce i warzywa, stąd też doniczki opatrzone są znakiem „Jesz na własną odpowiedzialność”. Open space’y są przestrzenne i kolorowe. Z daleka widać, że nie tłamsi się tutaj kreatywności osób zatrudnionych, a wręcz ją wzmacnia. Korytarze przyozdabiane są dziełami pracowników. Dostępne są biblioteki z bajecznie zaaranżowanymi wnętrzami – jeżeli ktoś chce czytać w samotności, może zamknąć się w jednym z małych prywatnych pokoików z fotelami. Znaleźć taki można… za niektórymi regałami! Jak w zamczysku z ukrytymi komnatami! Gdy pracownik chce odpocząć od pracy umysłowej, do jego dyspozycji są różne „play roomy”. Można w nich znaleźć klocki lego, bilard, konsole, ping-ponga. Pracownicy mają także do dyspozycji siłownię. Po korytarzach Google można przemieszczać się przy pomocy hulajnogi, ale to przywilej tylko i wyłącznie pracowników. Stołówki i kuchnie też są zadziwiające – lodówki pełne smakołyków i napojów, słoiki bakalii i cukierków, miski owoców. Oprócz standardowego ekspresu do kawy, można znaleźć też maszynę do robienia popcornu! Jeżeli pracować, to tylko w Google 😉

Biblioteka w siedzibie Google
Ukryty pokój za regałem w bibliotece Google’a :)

Jako, że jesteście w stanie wyobrazić sobie, jak wygląda Wielkie Jabłko oraz jak pachnie i co tam słychać, za tydzień zajmiemy się smakiem. A w Nowym Jorku zdecydowanie nie brakuje jedzenia 😉


Jeżeli planujecie wyruszyć do Stanów i udać się tam na zakupy, koniecznie zapoznajcie się z tamtejszą rozmiarówką. Pomocna będzie ta strona.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *