W drodze: urocze amerykańskie miasteczka

W końcu należało wyrwać się z Nowego Jorku, a do łatwych zadań wcale to nie należało. W sąsiednim stanie, New Jersey, wynajęliśmy samochód. Niestety, aby pokonać nasz planowany szlak musieliśmy przebić się przez korki w bliskich okolicach Wielkiego Jabłka. Kiedy już koła naszego auta dotknęły asfaltu amerykańskiej autostrady odkryliśmy, że drogi zwane ekspresowymi są najbardziej zakorkowanymi ze wszystkich. W pośpiechu każdy wybierał drogę ekspresową, podczas gdy biegnąca obok droga zwykłego ruchu była nawet pusta. W takim tłoku bardzo ciężko kierowało się samochodem. Potwierdziliśmy także legendę, że tutejsi kierowcy chętnie używają klaksonu i niekoniecznie uważają na pozostałych uczestników ruchu. Są dość sfrustrowani. Nasze pierwsze momenty za kółkiem były bardzo męczące i stresujące. Po ponad godzinie w korku już nic nie mogło nas bardziej zdenerwować. Za to zetknęliśmy się z wieloma ciekawymi rzeczami :)

Piękna plaża w Provincetown
Małe miasteczka w Stanach Zjednoczonych są warte zobaczenia. Nawet, jeżeli nie posiadają zbyt wielu zabytków.

Co gra w amerykańskim radiu?

Z pewnością reklamy. Jest ich cała masa. Średnio co dwie lub trzy piosenki można usłyszeć blok reklamowy, który niemal wcale nie różni się od poprzedniego. Po kilku takich seriach reklamy można już recytować z pamięci. Na kanałach z muzyką rockową lecą całkiem ciekawe kawałki, ale najciekawsze można usłyszeć na kanałach religijnych lub pokrewnych. Naszą ulubioną stacją została ta o swojskiej nazwie Positive FM. W niemal każdej piosence zapewniano nas, że świat jest piękny, Jezus kocha nas wszystkich, a jeżeli coś dzieje się źle, to Bóg na pewno pomoże i doda sił. Do specjalnie religijnych ludzi nie należymy. Przyznam jednak szczerze, że owe piosenki miały fajną nutę, a i dobrze jest posłuchać czegoś spokojnego i radosnego zamiast kolejnych tragicznych wiadomości. Musicie przyznać, że podróżowanie samochodem z dobrą nutą w tle często staje się o wiele przyjemniejsze :)

Naładujcie się pozytywną energią prosto z amerykańskiego radia :)


Ryan Stevenson – Holding Nothing Back

MercyMe – You Are I Am

Matthew West – Forgiveness

Blake Shelton – Boys ‚Round Here feat. Pistol Annies & Friends, moja ulubiona! 😉

Małomiasteczkowy klimat i motelowe realia

Naszą pierwszą noc spędziliśmy w uroczym miasteczku Mystic. Onegdaj miasto portowe, którego rybacy specjalizowali się w połowach wielorybów, jest teraz pięknym miasteczkiem pachnącym historią. Najciekawszym elementem miasta, dla nas, był wciąż działający most podnoszony. Ludzie są bardzo mili i przyjaźni, nie sposób ich nie lubić. Chętnie pomagają i nie robią żadnych problemów. Mają jednak w sobie to specyficzne wyczucie wielkości typowe dla Amerykanów. Kiedy zapytaliśmy jedną z pań kelnerek w barze podczas obiadu, gdzie znajdziemy tutaj jakieś sklepy, odpowiedziała:

U nas niestety nie ma dużych sklepów. Jest tylko jeden malutki, jak pojedziecie tam i tam. Nawet nie mamy porządnej apteki. Wiecie, urząd miasta utrzymuje miasteczko w takim stanie, aby jak najbardziej przypominało to sprzed 200 lat. W takim miasteczku niestety nie ma miejsca na wielkie markety.

Uwierzyliśmy. Spodziewaliśmy się malutkiego sklepiku, nieco większego niż nasze osiedlowe. Zastaliśmy jednak całkiem sporej wielkości market z kilkoma kasami 😉 Ponadto, przy zakupie alkoholu kasjerki musiały sprawdzić nasze dowody. Podaliśmy im więc nasze plastikowe polskie ID i myśleliśmy, że tyle wystarczy. Nic bardziej mylnego! Pani ekspedientka sprawdzała nasze dowody z książeczką-informatorem, w której miała wzory dowodów z całego świata. Na początku ciężko jej było zlokalizować Polskę, więc zapytała, czy leży ona w Europie. Niestety, książka nie zawierała w sobie wzoru polskiego dowodu osobistego. Gdyby nie nasze paszporty, nie kupilibyśmy amerykańskiego wina 😉 Pakujący nasze zakupy młody chłopak skwitował to krótko: „America – a pain in the ass”.

Osiedle w Mystic
Mystic: most podnoszony
Portowe Mystic

Nie mieliśmy żadnych namiarów na motel lub hostel, więc skorzystaliśmy z przewodnika Lonely Planet. Zazwyczaj nie korzystamy z tego typu publikacji. Pełne są reklam. Wolimy czerpać informacje przed wyjazdem z blogów, które czytamy :) Jednakże, w tym wypadku reklamy w przewodniku LP okazały się przydatne. Znaleźliśmy przytulne miejsce w przystępnej cenie.

Pod motelem mogliśmy przekonać się o genialności przeciętnego Amerykanina. Do recepcji prowadził podjazd, aby podróżny nie musiał parkować daleko. Podobne podjazdy znaleźć można przy stacjach benzynowych oraz… bankomatach, z których pobierać można gotówkę bez wychodzenia z samochodu. Ujęło nas, że jeden z gości motelu po wyjściu z recepcji podjechał na parking przed swoim pokojem (20m), następnie doszedł do wniosku, że coś nie gra i wrócił samochodem z parkingu do recepcji. Raczej nie przyspieszył tym procesu wymiany kluczy, lecz na pewno było mu wygodniej 😉

Skrzynka-flaming
Perfekcyjne wyczucie stylu, obłędne połączenie amerykańskiej skrzynki pocztowej i flaminga z The Sims 😉

Zauważyliśmy także, że wiele moteli prowadzonych jest przez Hindusów i Turków. Nie jestem w stanie powiedzieć, z czego to wynika. Pewnym jest jednak, że robią to bardzo dobrze i mają bardzo niskie ceny. Aczkolwiek, można się naciąć na różnego rodzaju sztuczki. Zazwyczaj związane są ze śniadaniem. Aby je otrzymać należy nieco dopłacić lub wliczone jest w koszt noclegu, lecz cena jest nieco wyższa (np. o 10$). Zdarza się jednak, że podane jedzenie do śniadania się nie umywa. Bardziej jest to bufet z ciastkami i kawą, dlatego pytajcie i czytajcie komentarze np. na booking.com. Najfajniejsze jest to, że łóżka są zawsze duże i z bardzo miękkimi materacami.

Kolejną ważną sprawą przy wynajmowaniu pokoju są pluskwy. Nie zdawaliśmy sobie z tej kwestii w ogóle sprawy, dopóki nie poznaliśmy Sary. Sara jest Amerykanką, starszą panią z doktoratem, która robiła już niemal wszystko w swoim życiu, od pisania książek do programowania (w czasach, kiedy w Polsce komputer znany był tylko z nazwy). Zwróciła naszą uwagę na pluskwy, ponieważ sama padła kiedyś ich ofiarą. Pozbycie się ich jest bardzo trudne i wymaga spalenia ich legowiska (bagażu, materaców łóżek) oraz odkażenia silnymi środkami chemicznymi domu. W dodatku, pluskwy żywią się krwią, więc boleśnie gryzą ludzi, by dobrać się do pożywienia. Choć mamy XXI wiek, pluskwy nadal są problemem w Stanach, stąd też powstało na ten temat wiele pomocnych stron, jak Bedbug Registry. Można na niej sprawdzić, czy miejsce, w którym zamierzamy nocować notowane było kiedykolwiek jako posiadające pluskwy. Jeżeli nie, to i tak zalecana jest ostrożność – trzeba sprawdzać w szczególności materac łóżka (pod poduszkami, pod prześcieradłem, pod materacem) i szafki, czy nie ma w nich czasem pozostałości po pluskwach.

Fajny samochód
Historyczna bywa nie tylko architektura

„Liściowi podglądacze” i inni ciekawscy

Jesienią rozkwita sezon na „podglądanie”. I nie chodzi tutaj o szpiegowanie sąsiadów, ale o „podglądanie liści”, a dokładniej robienie zdjęć różnych obiektów (najczęściej architektonicznych) w otoczeniu kolorowych, jesiennych liści. Amerykanie w ten sposób celebrują tę porę roku. Z uporem maniaków szukają coraz to lepszych miejsc, walczą o jak najlepsze ujęcia, aby pochwalić się rodzinie i znajomym. Końcówka września i początek października to właściwie szczyt liściowego sezonu. Wielu obywateli Stanów Zjednoczonych wskakuje wtedy za kierownice swoich kamperów i rusza na fotograficzne łowy. Trzeba Wam wiedzieć, że jesień w USA jest naprawdę zachwycająca! Mnie uwiodła :)

Jesień nad jeziorem
Dom i żółte liście
Jesienny cmentarz
Jesień jest piękna w Stanach Zjednoczonych :)

Dużą popularnością cieszą się także wycieczki na może w celu oglądania wielorybów. Trzeba przyznać, że organizatorzy owych wycieczek do perfekcji opanowali sztukę budowania napięcia wśród pasażerów z aparatami. Wszystko przeprowadzane jest w konwencji naukowo-przygodowej. Zanim dotrzemy na miejsce żerowania wielorybów przewodnik opowie nam trochę o nich, o ich zwyczajach, gatunkach, do dotknięcia poda język wieloryba. Oczywiście, załoga „nie wie” gdzie są wieloryby aktualnie i czy uda nam się jakiegoś zobaczyć, więc wyruszamy na „poszukiwania”. Statystycznie rzadko zdarza się, aby wycieczka nie natrafiła na wieloryby. Jeżeli jednak taka sytuacja będzie miała miejsce, to biuro oferuje odbycie kolejnej wycieczki za darmo. Koszt biletu na osobę dorosłą to ok. 30$ w zależności od organizatora. Za dodatkową opłatą można dostać nawet nagranie z wycieczki. Nasze fotograficzne polowanie na wieloryby odbyliśmy w Provincetown. Jeżeli ktoś boi się wody, organizowane są identyczne wycieczki, ale do lasu w poszukiwaniu łosi :)

Whale watching
Na wieloryby polują tłumy fotografów-amatorów

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *