Nowa Zelandia na przekór – czarne plaże Karekare

Czarne plaże Karekare były jedynym miejscem na północnej wyspie, które odwiedziliśmy poza Auckland. Przed tym trafiliśmy jeszcze na jeden dzień do uroczej wsi Laingholm, gdzie spacerowaliśmy po okolicy i pokonaliśmy jet lag. Dotarliśmy tam autobusem, ale w soboty, kiedy próbowaliśmy się stamtąd wydostać, jeździł on co dwie godziny. Z tego powodu postanowiliśmy dostać się do Visitor Centre pieszo i stamtąd łapać stopa. Spacer był dość długi, ale znośny, pomimo panujących wysokich temperatur. Północna wyspa Nowej Zelandii jest cieplejsza i wilgotniejsza od południowej, nieco tropikalna. Z tego powodu polecam wzięcie ze sobą silnego DEETu i szczelne zamykanie namiotu na wieczór.

Jak dostać się do Karekare?

Wyszliśmy z Visitor Centre i podeszliśmy do drogi, ponieważ najlepszym środkiem transportu w tej okolicy oraz w weekend jest autostop. Po 5 minutach oczekiwania zatrzymał się drugi przejeżdżający obok nas samochód. Do środka zaprosili nas trzej młodzi Australijczycy, którzy zmierzali akurat w tym samym kierunku co my, ale w innym celu. Ich celem podróży były plaże w Piha oddalone o kilka kilometrów dalej niż nasze czarne plaże w Karekare. Po drodze rozmawialiśmy na wiele różnych tematów, w tym jeden bardzo ważny: akcenty. Czy podoba nam się „kiwi-akcent”? Tak, jest zabawny! I to dobrze, że oduczyłam się amerykańskiego akcentu (żałuję, że nie zapytałam o powody).

Wysoki wodospad
W okolicy plaży znajduje się kilka interesujących wodospadów. Ten, o wdzięcznej nazwie Karekare Falls, jest największy i najpopularniejszy :)

Wysiedliśmy wcześniej niż w Karekare, gdyż planowaliśmy dojść do naszego obozowiska zaznaczonym na mapie szlakiem. Nie wydawał się długi i skomplikowany, ale nie wzięliśmy pod uwagę jednej ważnej rzeczy – mapa nie miała poziomic. Szlak okazał się nieco stromy, bardzo pokręcony i śliski ze względu na wystające, mokre korzenie oraz wilgoć, która zmieniła podłoże w nieprzyjazne błotko. Po kilku poślizgnięciach dotarliśmy na miejsce cali i zdrowi, ale poobijani. Podczas podróżowania po polach namiotowych i obozach miejcie na uwadze, że są płatne. Najczęściej płaci się za nie w Visitor Centre lub na miejscu, w specjalnie przeznaczonych do tego skrzynkach. Rozbiliśmy namiot, zostawiliśmy w nim większość naszych rzeczy, poszliśmy zobaczyć wodospady oraz na plażę.

Czego w Karekare robić nie wolno?

Już na samym wejściu na szlak prowadzący do plaży straszy nas informacja: „Zakaz zabierania ze sobą skorupiaków, złamanie zakazu grozi grzywną w wysokości 5000$”. I faktycznie: wszyscy biorą to sobie do serca. Kolonie zielonych małż są nienaruszone, a przy nich po skałach wesoło maszerują kraby. Mały raj dla mnie, zapalonego fotografa przyrody, który od dawna czaił się na możliwość sfotografowania kraba! Co więcej – nigdy przedtem nie widziałam plaży tak pełnej wielkich muszli.

Czujny krab

Na drugim krańcu, będącym równocześnie wejściem na jeden z okolicznych szlaków, trafiliśmy na informację o zakazie wprowadzania psów na teren plaży za znakiem. Jest to zakaz całkowicie uzasadniony, gdyż wydmy na szlaku tętnią życiem – pełne są morskich ptaków, głównie ostrygojadów, które aktualnie wysiadywały jajka lub już miały pisklęta. Dzielnie broniły swojego potomstwa, gdy przechodziliśmy obok: próbowały odwrócić naszą uwagę, udawały ranne albo symulowały atak na nas, aby nas wystraszyć. Wszystko jak na filmie z Animal Planet. Szybko przekonałam się też, że na tej plaży muszę uważać, gdzie stawiam kroki: gniazdo ostrygojada nie należy do grona zwierzęcych cudów architektury. Jest to delikatne wgłębienie w ziemi, w którym leży jego jajko, a które znajduje się w najmniej zasłoniętym miejscu plaży. 100% pure, 0% safe. Patrzcie pod nogi 😉 Jednak największa niespodzianka, bo prawie 300kg, czekała na nas kawałek dalej, za lęgowiskiem kilku ostrygojadów. Był to lew morski.

Lew morski Nowa Zelandia
Lew morski, którego spotkaliśmy na plaży. Dobrze, że nie był agresywny, ponieważ wtedy nie wiedzieliśmy jeszcze, jak się zachować będąc w pobliżu takiego zwierzęcia.

Na początku nie wiedzieliśmy, co dokładnie leży na plaży przed nami. Z każdym krokiem dochodziliśmy do wniosku, że to musi być foczy trup wyrzucony na brzeg przez morze. Przecież nikt nas nie informował o tym, że można trafić w Karekare na tak duże zwierzęta. Gdy byliśmy już bardzo blisko odkryliśmy, że wcale nie mamy do czynienia z padniętym zwierzęciem – ono oddychało. Zanim zdążyliśmy się wycofać, lew morski obudził się i zaryczał na nas. Gwałtownie wykonaliśmy kilka kroków w tył, ale na nasze szczęście nie był nami zainteresowany. Wolał dalej wygrzewać się na słońcu i leniwie ziewać. Nowozelandzkie lwy morskie są dość oswojone z ludźmi i raczej ich nie atakują. Jednakowoż, warto zachować podstawowe środki ostrożności: nie podchodzić do lwa morskiego na odległość bliższą niż 10m, nie wykonywać gwałtownych ruchów, nie budzić oraz nie dokarmiać ich. Jeżeli jedynym sposobem na przejście obok lwa morskiego jest plaża pomiędzy nim a morzem, to należy zachować szczególną ostrożność – lew morski morze poczuć się zagrożony. Najlepiej z takiego przejścia zrezygnować lub poczekać, aż zwierzę się przemieści. Nie dajcie się też zwieść jego pozornie słodkiemu wyglądowi: choć jest gruby i wygląda niezdarnie, po piasku potrafi się przemieszczać równie szybko, co człowiek.

Czarny piasek
Czarne plaże Karekare, zielony klif i żółty posterunek ratowników.

Ratownicy-celebryci

Zrobiliśmy kilka szybkich zdjęć lwa morskiego i wycofaliśmy się. Zdecydowaliśmy, że napatrzyliśmy się wystarczająco na czarne plaże Karekare i możemy wracać. Po drodze przez czarne wydmy odwiedziliśmy namiot ratowników, aby oddać im śmieci, które znaleźliśmy po drodze oraz wypytać o lwa morskiego. Okazało się, że byliśmy szczęściarzami, bo rzadko zdarza się, aby lwy morskie zawitały w te strony. Zapytali, czy naszym zdaniem wyglądał zdrowo, przyjęli raport i pojechali sami go obejrzeć swoim quadem. Ratownicy na tych plażach są bardzo dobrze wyposażeni i jest ich wielu. Piha, Karekare i okolice są bardzo popularne wśród surferów oraz pływaków, lecz na tych niedoświadczonych i nieuważnych czeka przykre rozczarowanie. Tutejsze fale są bardzo zwodnicze i silne, łatwo o utopienie. Ratownicy mają ca robić. Pracy jest tak wiele, że stworzono serial dokumentalny o ich pracy, który puszczany jest w publicznej telewizji. Gównianej telewizji, jak to ujął jeden z naszych nowozelandzkich znajomych.

Po plaży udaliśmy się spać, aby zregenerowanymi wyruszyć dnia następnego na szlaki dostępne w pobliżu. Były to zazwyczaj pętle, na które poświęcić należało od godziny do trzech godzin. My zrobiliśmy dwie małe, na które w sumie zeszły nam trzy godziny, ale było warto. Na jednym z nich główną atrakcją był położony na wzgórzu Hikurangi radar. Był to radar strategiczny w czasie II Wojny Światowej – sondował niebo w poszukiwaniu japońskich samolotów i morze w poszukiwaniu łodzi podwodnych. Po tym jak przysłużył się podczas wojny, stał się świadkiem intensywnych prac dwóch radioastronomów, pionierów w tej dziedzinie: Johna Boltona i Gordona Stanley’a, którzy badali fale radiowe pochodzące z mgławicy Raka. Ich prace rozpoczęły się w Australii, lecz z powodu braku wystarczająco wysokich wzgórz, przenieśli się do Nowej Zelandii. 625 m, które oferowała Hikurangi, okazało się wystarczające.

Widoki z Hikurangi były niesamowite, wokół śpiewały ptaki, w tym jeden z najdziwniejszych – tui. Jego trele porównać można do dziwnego dubstepu lub dźwięków R2D2 z Gwiezdnych Wojen. Aczkolwiek nie były to najdziwniejsze dźwięki, jakie było nam dane usłyszeć w Nowej Zelandii. Te odkryliśmy dopiero na wyspie południowej.

Mała, oddzielona od reszty plaża
Widok z jednego ze szlaków.

Zostać artystą-rezydentem? Czemu nie!

Jest to nie lada gratka dla artystów, którzy chcieliby tworzyć poza swoim miejscem zamieszkania. Natrafiliśmy na ten pomysł całkowicie przypadkiem, gdyż na naszym kempingu leżała ulotka. Jest to program realizowany na terenie całego świata, ale z różnymi wymaganiami i benefitami. Wszystko zależy od miejsca: jedne refundują wszystkie koszty pobytu, a inne nie; niektóre oferują stypendia, a gdzie indziej należy zapłacić; są takie, które przyjmują rezydentów bezwarunkowo i takie, które wymagają aby z prac artystów powstałych podczas pobytu powstała wystawa, byli w trakcie studiów lub rezydentami czy obywatelami danego kraju. Poszukiwani są artyści różnego kalibru, przez fotografów do malarzy, rzeźbiarzy, filmowców, choreografów, pisarzy i poetów a nawet działaczy na rzecz środowiska naturalnego.

Po powrocie ze szlaków po namiot i nasze rzeczy, spotkaliśmy piknikujących Hindusów. Zaprosili nas do wspólnego posiłku, ale niestety musieliśmy odmówić, ponieważ z czasem malała nasza szansa na złapanie stopa. Mieliśmy wysokie szanse, ponieważ było to niedzielne popołudnie, czyli czas, kiedy rodziny wracają z wycieczek do domów. Nie pomyliliśmy się – pierwszy samochód i już sukces. Podwójny, ponieważ poznaliśmy w ten sposób Dorotę: Polkę, która przeprowadziła się do Nowej Zelandii kilka lat temu. Mogliśmy ją podpytać o pewne szczegóły mieszkania na Antypodach, co zaowocowało ciekawą rozmową. Dostaliśmy też kilka rad od jej męża na temat podróżowania po Nowej Zelandii oraz usłyszeliśmy pierwszy raz nazwę „possum”, czyli angielską nazwę oposa: zawziętego małego ssaka, który jest w Nowej Zelandii szkodnikiem. Była to swego rodzaju przepowiednia, ponieważ po raz pierwszy zetknęliśmy się z nim w Otago, naszym kolejnym celu podróży na mapie Nowej Zelandii.

Czarne plaże Karekare
Niesamowite, czarne piaski wydm.

Ciekawe linki:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *