Droga na Halti – część 1

Nigdy nie planowałam ujrzenia tundry na własne oczy. Do roku 2015 pojęcie to było dla mnie raczej mgliste, kojarzyło się z nieciekawymi, niemal nagimi bezdrożami, księżycowymi krajobrazami i niemal brakiem zwierząt. Jak to zwykle bywa, doświadczenie lapońskiej tundry na własnej skórze pokazało mi, że nie mogłam się bardziej mylić. Naszym celem w Laponii była góra Halti – najwyższy szczyt Finlandii, góra rozdarta między Finlandią a Norwegią. Trasa piesza z punktu startowego w Kilpisjärvi przez Saana na Halti i z powrotem liczyła ok. 110km. Teren bywał trudny, bagnisty, poprzecinany zagrodami na renifery. Na szczęście pogoda nam dopisała dzięki czemu wróciliśmy dzień wcześniej niż planowaliśmy.

Nasza droga na Halti rozpoczęła się w Rovaniemi

Swój podbój fińskiej Laponii rozpoczęliśmy wraz z mężem 13 września w autobusie z Rovaniemi do Kilpisjärvi. Podróż trwała 8h, ale podczas niej nie mieliśmy czasu na nudę. Dużą przyjemność sprawiała nam obserwacja zmieniającego się krajobrazu, a dokładniej – znikającego drzewostanu. Najpierw zabrakło drzew iglastych i pozostały same brzozy. Później drzewa zaczęły coraz bardziej karłowacieć, aby na samym końcu rosnąć tylko gdzieniegdzie. Dość późno odkryliśmy, że siedzenie na samym przodzie opłaca się najbardziej. Kierowca wielokrotnie musiał hamować ze względu na… renifery! Ci uroczy roślinożercy niespecjalnie przejmują się ruchem drogowym i ludźmi (zresztą, jak większość zwierząt w Finlandii) – jeżeli spacerują już po jezdni to ostentacyjnie, samym środkiem. Uciekać na prawo lub lewo też nie ma co – wszak najprzyjemniej biegnie się na czele samochodowego korka. To wszystko kierowca zniósł z uśmiechem na twarzy i stoickim spokojem.

Kemping
Rozbijanie namiotu gdziekolwiek w Laponii nie jest wielkim problemem o ile zostawiasz po sobie porządek. To jest nasz obóz pod Saana.

Parokrotnie zatrzymywaliśmy się w małych miejscowościach na dłuższe przerwy. Wszystkie wyglądały niczym z amerykańskiego filmu, którego akcja toczy się na Alasce. Brakowało jedynie przechadzających się łosi. Choć w Finlandii jest ich wiele, o czym przekonują gęsto usiane znaki „Uwaga łosie”, to jeszcze nie mieliśmy okazji żadnego spotkać. Można również natknąć się na znak „Droga dla skuterów śnieżnych”. Wzdłuż większości dróg, którymi jechaliśmy, przebiegają takie właśnie drogi. W dodatku te wszystkie niemal puste drogi są bardzo zadbane – rowy są wykoszone, a nawierzchnia bardzo gładka.

Ostatni pasażerowie, za wyjątkiem nas, wysiedli w Muonio. Wtedy kierowca zdecydował się do nas zagadać po angielsku. Opowiedział nam o tym, że nie tylko kieruje autobusem, lecz spełnia również rolę listonosza. Ponieważ była niedziela, nie miał żadnych przesyłek do wrzucenia do skrzynek, których było pełno w okolicy naszych przystanków. Wyznał, że pochodzi z Rovaniemi i jest w stanie uwierzyć w efekt cieplarniany. Zgodnie z jego relacją w mieście nie spada już tyle śniegu, co kiedyś – w związku z tym firmy żyjące z turystyki zimowej muszą transportować śnieg z północy. Ubolewał także nad tym, że wiele firm transportowych zatrudnia obcokrajowców, którzy nie mają doświadczenia z lapońskimi, oblodzonymi drogami. Przez takie praktyki wielu z zaskoczonych kierowców TIRów kończy wraz z załadunkiem w pobliskich rowach. Oprócz tego pan kierowca dzieli się z nami historią miejsc, które mijaliśmy. Niedaleko przed naszym celem zatrzymaliśmy się i nabraliśmy krystalicznie czystej wody z wywierzyska znajdującego się tuż przy drodze. Jak nas zapewniono, była to jedna z najlepszych wód mineralnych, jakie możemy znaleźć w okolicy.

Renifery w Kilpisjärvi
Renifery nie boją podchodzić blisko namiotów. Zachowują jednak odpowiednią ostrożność, gdyż nie są całkowicie oswojone. Łatwo je spłoszyć. Najkrótsza odległość ode mnie i renifera wynosiła 2m i stało się to całkowicie przypadkiem po moim wyjściu z ustronnej wygódki 😉

Najwyższa góra Finlandii – Saana

Wysiedliśmy z autobusu o godzinie 16 pod Centrum Turystycznym. Powitały nas pasące się w centrum miasta renifery. Spod Centrum mieliśmy bardzo blisko na najwyższą górę położoną całkowicie w Finlandii – górę Saana. Zarzuciliśmy plecaki na plecy i prędko poszukaliśmy miejsca na obóz u podnóża góry. Rozbiliśmy się i już bez obciążenia weszliśmy na szczyt. Mogłoby się wydawać, że była to bułka z masłem, ponieważ wspinaczka rozpoczyna się na 550 m, a kończy na 1029. Muszę jednak wyznać, że była to stara, twarda bułka i zmarznięte masło. Na szczyt wiodą najdłuższe schody w Finlandii złożone z ponad 740 stopni. Do tego wiał zimny, porywisty wiatr, którego nie była w stanie zatrzymywać żadna naturalna bariera. Sama góra jest skalista, pokryta głazami – bez butów z dobrą przyczepnością ani rusz. Poszło szybko, a wszystkie trudności rekompensował nam uwodzicielski widok z góry na jeziora i pagórki, które podzielone zostały między Norwegię, Szwecję i Finlandię.

Schody na Saana
Sławne 740 stopni :)

Wróciliśmy do obozu, najedliśmy się i poszliśmy spać. Nie było mi jednak dane zasnąć bez problemów. Wokół nas swoje pastwiska miały wszechobecne w Laponii renifery. Pomimo że w Finlandii nie istnieją dzikie renifery (wszystkie są własnością jakiegoś hodowcy) bałam się, że zepsują nam namiot. Pewnego razu w Gruzji obudziliśmy się otoczeni gromadą zaciekawionych naszym namiotem krów, które, zdziwiwszy się, iż z namiotu może coś wypełznąć, spłoszyły się i podczas ucieczki urwały nam linki namiotowe. Tym razem tak się nie stało, choć nad ranem słyszeliśmy dźwięki przechadzających się blisko reniferów. Nasz namiot nie był dla nich atrakcyjny, a nasze wyjrzenie z namiotu spłoszyło je bardzo skutecznie.

Krąg
Ten kamienny krąg to niezbity dowód na to, że było się na szczycie Saana.
Widoki w Laponii
Widok z Saana na jezioro Kilpisjärvi, które podzielone jest między Szwecję, Norwegię i Finlandię.

Plan na dzisiaj obejmował pokonanie trasy długości 19 km do Kuonjarjoki. Na początku nie szliśmy oficjalnym, wyznaczonym szlakiem. Dzięki kompasowi i mapie nie zgubiliśmy się po drodze oraz ominęliśmy tereny podmokłe. Później wkroczyliśmy na szlak, który był doskonale oznaczony małymi słupkami z pomarańczową końcówką – nie sposób było się zgubić. Po drodze musieliśmy pokonywać bagno, na którym mieszkały sowy błotne. Na szczęście na większej jego części postawiono solidną trasę z desek. Atrakcją terenową było też przechodzenie pod płotem zagrody dla reniferów. W takich miejscach zimą odbywa się liczenie inwentarza. Renifery zagania się do owej zagrody przy pomocy psów i skuterów śnieżnych, po czym przelicza się zwierzęta, znakuje młode. Zaskoczeniem dla mnie było to, że niektóre z reniferów nosiły na szyjach takie same dzwonki jak krowy. Droga na Halti zaskoczyła mnie bogactwem także innych zwierząt. Zgadniecie jakich? Odpowiedź już za dwa tygodnie! :)

Przechodzenie pod płotem
Utrudnienia terenowe
Typowe utrudnienia terenowe – zagroda dla reniferów oraz tereny podmokłe.

Ciekawostka o Rovaniemi

Finowie z Helsinek nazywają to miasto pieszczotliwie „Rollo”. Uwielbiam tę nazwę!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *